wtorek, 26 lipca 2016

Rozdział 2 - ,,Dobre kłamstwo"



  -Głodna? - Usłyszałam od tyłu głos Michaliny, która zawsze o tej godzinie trzyma w ręku red bulla.
  -Szczerze, to nie. Ale chętnie wyrwę się dziś na miasto, żeby odpocząć od tej codziennej rutyny. Mam 4 godzinną przerwę między wykładami. A Ty jak stoisz z czasem?
  -Na własne żądanie skończyłam na dziś z wykładami, ha! - Zazdrościłam Michalinie tego luzu, który sprawiał, że dziewczyna robiła co chciała, kiedy chciała. Tak zwane "carpe diem". Ja niestety ciągle kontrolowana przez rodziców, nie mogłam sobie pozwolić na takie pomysły. "No przecież studia są najważniejsze", "Bez nauki nic nie osiągniesz", "Nie rób wstydu rodzinie". Serio? Kto robi wstyd? Ja.. która chodzi jak w zegarku? Przecież oni sami nie pracują w tym, w czym by chcieli. Mama wielce uczyła się weterynarii, a gdzie teraz jest? Sprzedawczyni w pobliskiej kwiaciarni. Tata wielki uczony geodeta! Szkoda, że aktualnie goni ludzi, którzy nie zakupili biletów. Jestem świadoma, że nic dzięki tej nauce nie osiągnę, więc na co mi to wszystko? Strata czasu...
  Zazwyczaj we wtorki wracam do domu na obiad, dziś jednak nie miałam ochoty, więc razem z Michaliną poszłyśmy do ulubionej knajpy w Krakowie - ,,Buda". To dość specyficzne miejsce, nie chodzi tylko o nazwę, co o samą przestrzeń. Głównie przesiadują tu studenci, ale ci z lekkim ubytkiem w mózgu. Każdy podnosi tutaj głos do granic możliwości, piwo leje się tu litrami, a jedzenie to prawdziwy mix. Jedynie ceny są przystępne. Pewnie każdy zastanawia się teraz, czemu w takim razie chodzę do tego miejsca? Ano dlatego, że tutaj ludzie są szczerzy i ich zwariowane ideały powodują na mojej twarzy uśmiech. Nudą tu nie wieje, a małe sprzeczki między stołami, dodają charakteru temu miejscu.
  W domu byłam późnym wieczorem. Tata tradycyjnie leżał na kanapie przed telewizorem, a mama w kuchni czytała przepisy kulinarne. Rzuciłam torbę na barierkę od schodów i poszłam napić się soku z lodówki. Jedynie pytanie jakie zadali mi starzy to - "Jak wykłady?". Gdybym nie była wychowana tak jak jestem, odpowiedziałabym - "Srak" - ale powstrzymałam się i pokiwałam głową na znak "ok".
  Patrzę na te karteczki przyklejone na suficie nad łóżkiem i wzdycham sama do siebie. Tak sobie myślę i uświadamiam, że jestem beznadziejna. Po za upływającym czasem, tkwię tak naprawdę w miejscu. Robię to co rodzice chcą, nie zmieniam w swoim wyglądzie nic, nie spotykam się praktycznie z nikim - chodzi tu o płeć przeciwną. A z Michaliną przyjaźnie się tylko dlatego, ponieważ mieszka niedaleko mnie i razem chodziłyśmy, od podstawówki, do szkoły. Poczułam w sobie werwę - Muszę coś zrobić z tym życiem! - Zbiegłam do salonu powiedzieć rodzicom, że chcę wyjechać i posmakować innego życia. Jednak gdy zobaczyłam tatę, który już spał i mamę, która podkreślała coś w książce, uznałam że to nie ma sensu. W ogóle ja jestem bezsensu, chwilowe olśnienie, które natychmiastowo wygasa. Tak naprawdę, nie potrafię przełamać się i postawić ojcom. Tylko głośno myślę i to tam jestem stanowcza, odważna, a w rzeczywistości uciekam tam gdzie jest innym najlepiej.
  Szukam na internecie ofert z biur podróży do Hiszpanii. Ceny o tej porze są dość wysokie, bo to w końcu szczyt letni. Zaczyna się czerwiec, a wraz z nim wakacje oraz idealna pogoda. Jedna z ofert odpowiada mi najbardziej. Hotel w mieście nadmorskim Walencja. Pobyt ma trwać 2 tygodnie. Zostało parę wolnych miejsc, ale niestety wyjazd już za 2 dni. Tak zwane "last minute". Śmieje się sama do siebie, bo znowu dostałam chwilowego olśnienia i podniety, która za parę sekund zgaśnie i zamieni się w głaz, którym rzucę prosto w siebie. Nagle do pokoju wchodzi mama, która ratuję mnie z depresyjnego czynu.
  -Nie idziesz już spać? Późna godzina, a jutro znowu masz na rano wykłady. W ogóle kiedy zaczynają się sesje u Ciebie? - Ta tylko o tym. Chwyciłam nieco odwagi i postanowiłam spytać czy dałoby radę, abym jednak wyjechała na 2 tygodnie do Hiszpanii.
  -Słuchaj mamo, bo jest taka sprawa, że z mojego wydziału jest organizowany wyjazd do Hiszpanii, na praktyki zawodowe. Ja akurat mam najwyższe wyniki ze swojej grupy i dostałam najlepszą opcję - projektowanie maszyn użytkowych miejskich w zakresie turystycznym - no ale pytanie czy pozwolilibyście mi jechać? - Odwaga w nie wiadomo w jaki sposób połączyła się z kłamstwem i wyszło takie coś. Ręce i nogi drżały jakbym dostała paralizatorem, ale czułam wewnętrznie, że to kłamstwo może pomóc. Mama długo nic nie mówiła, aż wreszcie wzięła głęboki oddech, a ja razem z nią.
  -Kochanie, bardzo się cieszę, że zostałaś w taki sposób wyróżniona, ale jak Ty się przygotujesz do sesji? - Nie powiedziała "nie"! Promyk nadziei jest, teraz trzeba dosypać jeszcze jedno kłamstewko.
  -Ale to liczy się jako sesja i dzięki temu zyskam same piątki, oczywiście o ile te projekty będą dobre i docenione. - Mama kątem ust uśmiechnęła się dodając, że pogoda z tatą. Jutro rano mam znać odpowiedź. Pierwszy raz czułam taką satysfakcje i dumę z siebie, jak jeszcze nigdy. Nie potrafię kłamać, a to kłamstwo chyba naprawdę wyszło.
  Położyłam się na łóżku zerkając na samoprzylepne karteczki, kiedy nagle jedna z nich odpadła. Podniosłam ją i ujrzałam napis "Hiszpania" otoczony artystycznym sercem. To może być dziś, teraz, za chwilę. Mogę podbić Hiszpanię i zostać tam na zawsze. Na razie brzmi to abstrakcyjnie, ale taki jest plan. Najważniejsze to wyjechać, a reszta potoczy się sama. Lecz priorytetowym celem jest brak powrotu. Chcę uciec, a ta ucieczka jest do osiągnięcia. Najgorsze będą dni, kiedy postanowię pozostać w Hiszpanii na własną rękę i biuro podróży zostawi mnie tam samą. Języka nie znam, miasta na dobrą sprawę też nie, prawo jazdy nie mam, ale chociaż raz muszę poczuć ten spontan oraz "carpe diem".
  Rano obudziłam się przed budzikiem, może to dlatego, że nie mogłam doczekać się decyzji rodziców. Póki co wszystko sprzyjało mi, chociażby humor, który pozwolił na docenienie pogody za oknem - gdzie nigdzie wcześniej tego nie robiłam. Ubrałam się w zwiewną sukienkę oraz założyłam słomiany kapelusz, który był mojej mamy. - Nosiła go za młodzieńczych lat. Czułam się, jakbym obudziła się w Walencji i mam zamiar wyjść pozwiedzać. Schodząc na dół, usłyszałam jak któryś z rodziców robi coś w kuchni. O dziwo mama jak i tata już dawno siedzieli przy stole. Przywitałam ich ciepło, usiadłam do stołu z nadzieją, że powiedzą "tak". Ku mojemu zdziwieniu żaden z nich nie wspominał o wyjeździe, a rozmowa kręciła się wokół kwiaciarni oraz młodych ludziach, którzy nałogowo nie kupują biletów. Nawet mama nie zauważyła na mojej głowie jej dawnego kapelusza. Poczułam się dość zlana, ponieważ w moim kierunku nie poszły żadne słowa, nawet zwykłe "dzień dobry". Nie miałam pojęcia, czy sama mogę poruszyć ten temat, może mama jeszcze nic nie powiedziała tacie i czeka na odpowiedni moment. Albo jakimś cudem dowiedzieli się, że to kłamstwo i są obrażeni na mnie. Jednak to uczucie i przedsmak Hiszpanii tak mocno mnie palił od środka, że musiałam cokolwiek powiedzieć.
  -Rozmawialiście już? - Mama przepijała kawę, a tata spojrzał na mnie, odkładając kanapkę z powrotem na talerzyk.
  -Kornelia, wiesz dobrze, że nie mamy pieniędzy na takie wydatki. Uważam, że przeżyjesz bez takiego wyjazdu i na dobro sprawę możesz zdać sesje w normalny sposób. - Te słowa taty wbiły mi tysiące szpilek w serce. Naprawdę uwierzyłam, że to kłamstwo przekonało ich. Momentalnie w oczach pojawiły się łzy, a chcąc cokolwiek odpowiedzieć musiałam sobie przypomnieć, że język potrzebny jest do mówienia.
  -Ale tato! Ten wyjazd może otworzyć mi drogę do kariery zawodowej! Mogę studia skończyć szybciej i mieć pracę. Czy nie o to wam właśnie chodzi? - Tak ze zwykłej ciekawości zadałam dobre pytanie, które uświadomiło mi, że rodzice myślą jakąś niezrozumiałą kategorią. Ciągle mówią o studiach, o tym że muszę uczyć się, żeby mieć dobrze płatną pracę oraz żebym została ich dumą, a kiedy mam "taką możliwość" okazuje się, że im chyba wcale o to nie chodzi.
  -Oczywiście chodzi nam o to, ale będziesz bardziej z siebie dumna, jeśli nie pójdziesz na łatwiznę, tylko osiągniesz cel, ciężką pracą. - Co to w ogóle za tok rozumowania. Nie wiedziałam, czy mam śmiać się z tego co przed chwilą powiedział ojciec, czy płakać, że jednak z idealnego planu nici. Chwyciłam torbę i wyszłam z domu, trzaskając drzwiami, na znak zdenerwowania i zażenowania.
Nie miałam w głowię już nic. Poziom mojego "wkurwienia" - bo łagodniej tego nie można nazwać - minął zenit. Weszłam do pobliskiej księgarni i wypożyczyłam książkę "szybkiej nauki języka hiszpańskiego". Usiadłam na ławce przed i postanowiłam, że przyśpieszę proces mojej edukacji na uniwersytecie jagiellońskim. Wyjadę do Hiszpanii, czy moi rodzice tego chcą, czy nie chcą. Jednak muszę poradzić sobie w inny sposób, gdyż nie będę miała 2 tygodni na poznanie choć odrobiny hiszpańskiego raju na pełnym luzie. Zmiana planu na; Szybki ogar języka, nagły niezapowiedziany wyjazd, Walencja, pozostanie tam na stałe.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz